Poniedziałek, 14.06.2021 136

 

Pliki cookies 01:49
Serwis korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.
Reklama
SWWS
Vision Optyk Jawor
Bank Spółdzielczy w Jaworze
Koparka Jawor - roboty budowlane

Wywiad z legendą polskiego punk-rocka

Mirosław "Smalec" Malec ur. 19 maja 1969 w Jaworze z grupą Zielone Żabki powstałą w 1987 roku i pochodzącą z Jawora, zdobył pierwsze miejsce na Festiwalu w Jarocinie w 1988 roku. W 1992 roku taki sam sukces osiągnął z grupą Ga-Ga. W 1996 roku założył grupę Radical News, z którą wystąpił na festiwalu Woodstock. W 2005 roku doszło do połączenia Zielonych Żabek i Ga-Gi, przez lidera obu tych zespołów - Smalca. Zespół wyprodukował krążek "Fakty i Fikcje", którego przedpremiera odbyła się w sierpniu 2009 na Przystanku Woodstock.

Rok 1988. Dwa lata po tragedii w Czarnobylu "Zielone Żabki" z wokalistą Smalcem zostają laureatem festiwalu w Jarocinie.

Kamil Kujda: Jak wtedy wyglądał festiwal w Jarocinie okiem Zielonych Żabek? Okiem Smalca.
Smalec: Fajnie było (uśmiech). Było wesoło bardzo. Ludzi bardzo dużo. I to był taki karnawał. Ciężko to porównać z czymkolwiek. Z Woodstockiem ciężko to porównywać teraz, bo to były specyficzne czasy. Tak jak mówisz właśnie Czarnobyl. To był akurat też ten moment zmian w Polsce. Także była taka ogólna euforia w całym Kraju. A tam gdzie jeszcze była muzyka niekontrolowana, spontaniczna to ta cała atmosfera jeszcze bardziej się wzmagała. To były niesamowite trzy dni. Ja nawet przyjeżdżałem tam bardzo często wcześniej. Zacząłem jeździć... w 85 byłem chyba pierwszy raz. I zwykle przyjeżdżaliśmy tam kilka dni wcześniej.

K: Poczuć klimat?
S: Dokładnie, dokładnie. Jak się festiwal zaczynał to my byliśmy już w środku tego festiwalu.

K: Ludzie zwykli nazywać Jarocin trzema dniami śmierci? Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?
S: Ja tam nigdy śmierci nie przeżyłem (śmiech). Wręcz odwrotnie. Większość chwil tam to chwile euforyczne. Spotkania z super ludźmi. Takie integracyjne. Tam przyjeżdżała cała Polska. Można było się spotkać z ludźmi, których na co dzień nie widzimy. A wiadomo, że to, te wszystkie Punki... Wszystkie subkultury zbierały sie w jednym miejscu. I na co dzień nie mogliśmy tego poczuć we własnym mieście. Chociaż u nas też dużo było tego środowiska. Było to zwielokrotnione bardzo. Co ważne... muzyka w tamtych czasach. Jarocin był naprawdę bardzo artystycznym festiwalem. To nie było wydarzenia takie typowo socjologiczne, ale jak najbardziej artystyczne. Bo oprócz tego, że były koncerty na małej scenie konkursowe. Potem na dużej scenie grały zaproszone gwiazdy. W trakcie nocnych koncertów w amfiteatrze odbywały się jeszcze alternatywne koncerty. Było bardzo dużo mniej znanych może zespołów, ale bardzo ciekawych. Sprowadzanych z różnych części świata. Ja pamiętam, że zwróciłem uwagę na scenę skandynawską. Tam np. całą noc potrafił grać Osjan. Np. od godziny 22 do białego rana grali. Myślę, że do tej pory nie było już więcej takiego festiwalu, który jest w stanie pobić atmosferę jarocińską.

K: Czy świat muzyki z czasów mistycznego dla nowego pokolenia PRL-u jest kontrastem do realiów panujących dzisiaj? Jak dzisiaj ten Jarocin wygląda?
S: Ten Jarocin tamten? Czy ten, co teraz akurat "jest" (śmiech)?

K: Który jest lepszy?
S: Ja powiem szczerze ani razu nie byłem na tym nowym festiwalu.

K: Czyli wiesz, co dobre a czego unikać?
S: Do pewnego stopnia nie chcę sobie psuć obrazu, bo ja mam tak, że zobaczyłem kilka koncertów moich dawnych idoli i przestali być moimi idolami. Bardzo tak wybiórczo wybieram się na koncerty starych zespołów, które kiedyś na mnie wywarły duże wrażenie, bo boję się, że się rozczaruję. Podobnie mam z Jarocinem. Słyszę od ludzi. Wiem o tym, że mimo sporej ilości fajnej muzyki z drugiej strony są tam pewnego rodzaju układy teraz. Jakaś agencja...

K: Komercja się rozrasta?
S. Niestety. Są to oczywiście przy okazji układy. Czasami trzeba brać pakietowe rozwiązania. Np. jak bierzesz ten zespół. To musisz wziąć jeszcze trzy inne. Dlatego uważam, że to już jest zupełnie inna atmosfera. Moim zdaniem teraz Woodstock jest bliższy temu, co kiedyś działo się w Jarocinie. Jak sam Jarocin. Bo w tamtych czasach było to święto wolności. A teraz jest to festiwal dobrze zorganizowany. Dość drogi. I jednak komercyjny. Chociaż w jakiś sposób jest trochę muzyki alternatywnej.

K: W dzieciństwie często przejeżdżałem przez Jarocin. Dorośli często mówili wtedy o wieszanych na drzewach kotach, o ćpunach itd. Jednak Jarocin to przede wszystkim dla ludzi młodych kopalnia niesamowitej i wartościowej muzyki. Jak Jarocin wygląda okiem artysty dziś i jak wyglądał w czasach (gdy byliście laureatami tego festiwalu)?
S: Wiadomo, że zawsze ludzie będą mówić, że stare czasy są lepsze. Do pewnego stopnia mają rację. Wiem, że dla młodych, którzy nie mają obrazu starego Jarocina nie ma takiego obciążenia. Generalnie polecam wszystkie festiwale muzyczne w Polsce, na których można spotkać się na żywo z muzyką alternatywną. Plenery, tego rodzaju festiwale są zawsze fajne. Jednak w porównaniu to niestety jednak bliższy atmosferą jest Woodstock do dawnego Jarocina. Co do kotów i ćpunów. Na pewno był odsetek ludzi i to dosyć spory, którzy reprezentowali patologiczne zjawiska. To jest naturalne w czasach gdzie było dużo wolności w całym kraju. Automatycznie wychodzą wtedy na wierzch różnego rodzaju patologie. W momencie, gdy powstawała subkultura metalowa. To były początki ideologii satanistycznej. Ja nigdy się z tym nie spotkałem. Czytałem o tym tylko w gazetach.

K: Ty na tym festiwalu przeżywałeś muzykę?
S: Dokładnie. To wszystko zależy od tego gdzie chciałeś być. W większości przypadków Jarocin kojarzy mi się z bardzo pozytywnymi sytuacjami. Oczywiście były jakieś historie.  Brygady punk rock-owców, którzy gdzieś tam angażowali się w skubanie innych z butów tudzież skór, ale dla mnie to jednak była sprawa marginalna. Ważniejszym było przeżywanie muzyki, spotkania z ludźmi.

K: Jak ludzie funkcjonowali na tym festiwalu przez te kilka dni?
S: Pod względem higienicznym. Ludzie mogli spokojnie funkcjonować bez większych pieniędzy. Na polu namiotowym były prysznice. Było zaopatrzenie w jedzenie itd. To na zupełnie innej zasadzie jak teraz, że są mocno komercyjne budki.

K: A mieszkańcy Jarocina?
S: Co ważne w tamtych latach w Jarocinie ludzie bardzo pomagali. To było piękne. Ludzie żyli tym festiwalem. Często można było spotkać takie sytuacje, że na ulicach siedzieli mieszkańcy Jarocina. Mieli kubki i wiaderka z wodą. Można było się napić.

K: Pobierali za to opłatę?
S: To było właśnie takie niesamowite, że robili to zupełnie za darmo. W wielu miejscach udostępniali swoje ogródki. Robili z tego pola namiotowe. To już za drobną opłatą. Ja często w takich miejscach zresztą się zatrzymywałem.

K: Nawet wtedy, gdy graliście koncerty?
S: Wtedy mieszkaliśmy w szkołach. Spaliśmy w cztery zespoły w klasie. To było niezwykłe spotkanie muzyków. Mogliśmy się zintegrować, wymienić doświadczeniami. To było moim zdaniem bardzo dobre. To jest coś, czego już nie ma.

K: Gdy zacząłeś jeździć do Jarocina byłeś już związany z muzyką w kontekście występów, kariery? Graliście już wtedy?
S: Już wtedy coś grywaliśmy. Jak zacząłem jeździć do Jarocina byłem już związany z próbowaniem czy graniem muzyki. Generalnie wiesz kwestia jest taka: Od samego rana nie było czasu żeby zamulać. Cały czas coś się działo.

K: Jak wyglądało miasto w trakcie trwania festiwalu?
S: Ja głównie spędzałem czas na mieście. Bardzo lubiłem samo miasto i atmosferę, jaka tam panowała. To było dla mnie takie niezwykłe. Można było zobaczyć miasto subkultur. Zupełnie alternatywne miasto. Wiesz to było coś, co ja chłonąłem i ten obraz przechowywałem przez cały rok albo dłużej i to było takie niezwykłe. Jak obraz ze snów, miasto marzeń. Gdzie po prostu same punki, muzyka.

K: Czy to, co chłonąłeś w Jarocinie miało później odzwierciedlenie na Twoją inspirację? Na karierę "Zielonych Żabek", "GA-GA", "GA-GA Zielonych Żabek"?
S: Na pewno. To jest tak, że w jakiś sposób oglądając te zespoły my też uczyliśmy się tego, co powinno się robić a czego robić się nie powinno. Ja tworzę muzykę z tego powodu, że czuję brak jakiejś muzyki. Tworzę taką muzykę, jakiej mi brakuje. Z drugiej strony inspiruje mnie słuchanie innych. Nie tylko dlatego żeby widzieć czego mi brakuje, ale dlatego żeby w jakiś sposób pobudzić swoje obszary wyobraźni, swoją wrażliwość. Takie zespoły jak "Dezerter" czy "Armia" bardzo na mnie wpłynęły.

K: A jarocińska publiczność?
S: Te obserwacje, reakcje publiczności to na pewno buduje w jakiś sposób obraz idealnego zespołu, w jakim chciałbym funkcjonować.

K: Czy funkcjonowanie w idealnym zespole udało się Tobie?
S: To się udało na podstawie tych obrazów, tej obserwacji. Tych doświadczeń. W 1988 roku w Jarocinie wygraliśmy. Dostaliśmy pierwszą nagrodę. Podobnie cztery lata później w 1992 roku. GA-GA. Też otrzymaliśmy pierwszą nagrodę. Wtedy to publiczność wybierała zwycięzców.

K: Gdy publiczność wybierała zwycięzców przeważnie na festiwalu w Jarocinie zwyciężały kapele punkowe. Następnie powstała komisja. Komercja zaczęła raczkować... Jaki miało to wpływ na festiwal?
S: To dla mnie bardzo ciekawe. Jarocin był dla mnie zjawiskiem mocno socjologicznym. Jarocin w dawnych czasach miał mocne odzwierciedlenie tego, co działo się wtedy w Polsce. Te lata wcześniejsze. Lata 80-te, początek lat 90-tych to była taka mocna wolność, spontaniczność. A już bliżej połowy lat 90-tych: końca Jarocina. To się to zaczęło coraz bardziej komercjalizować. Już jako laureat 93-go graliśmy pod sztandarami M*******...

K: Czy to był negatywny przełom? Pamiętam jak była ta wolność. Ludzie wybierali zwycięzców. Jarocin miał swoją wartość...
S: Później zaczęły wchodzić firmy... wtedy automatycznie pojawiały się takie rzeczy jak striptiz na dużej scenie, co było dla mnie takim momentem dość żenującym. Rok 1994 - ostatni Jarocin. Wtedy ludzie pomogli mu się rozpaść poprzez zadymkę z policją. Leciały kamienie. To była reakcja na komercjalizację. Ludzie podświadomie czuli, że zabiera się im wolność, zabiera atmosferę. I lepiej przerwać to tu i teraz jak kontynuować powolną śmierć.

K. Czy w archiwach swoich wspomnień posiadasz takie, które szczególnie kojarzą się Tobie z Jarocinem?
S: W Jarocinie ja tak naprawdę pierwszy raz spotkałem się ze sceną. Z większą sceną. To był rok 85. Szliśmy sobie taką większą ekipą punk-rockową połazić po mieście. Była nas naprawdę spora grupa. Ja akurat miałem tam kolegów z Wrocławia. To była silna nawet w sensie fizycznym ekipa. Wiadomo punkowcy z Wrocławia musieli być kuci na cztery łapy żeby przetrwać w tak dużym mieście ze swoimi ideałami. No bo to też trzeba było w tamtych czasach reprezentować pewną siłę. Również fizyczną. Tak czy inaczej chodziliśmy sobie po mieście nocą, bo akurat były jakieś koncerty metalowe. To nie było dla nas nic ciekawego i poszliśmy na małą scenę. Była tam taka ekipa bez wielkiego audytorium. Nasza ekipa przejęła bardzo szybko te instrumenty (śmiech). Dogadaliśmy się żeby oni nam pożyczyli te instrumenty.

K: W jaki sposób dogadaliście się?
S: No dogadaliśmy się bardzo szybko. Bo jak chłopcy zobaczyli jak wyglądamy to chętnie oddali nam instrumenty. Nie było aktu przemocy. W naszej ekipie przewodniczył niejaki Melon: Sławek Świdurski, który w tym momencie jest całkiem mocnym wydawcą. Jest współwłaścicielem firmy "Rockers Publishing". Większość alternatywnej muzyki to wydaje on. M.in.. Kamil Bednarek to jest u niego. No i właśnie Melon wszedł na tą scenę i zaczął pytać: Kto tam gra na gitarze? To ktoś tam się zgłosił: ja, ja. Kto śpiewa? Ja się sam nie zgłaszałem, ale moi koledzy akurat z Jawora, którzy trochę ze mną grali zgłosili mnie: no Smalec śpiewa. W taki sposób złożyliśmy bardzo szybko zespół, który wtedy nie miał żadnej nazwy. Graliśmy wtedy m.in. kawałki Sedesu: "Wszyscy pokutujemy za to, że żyjemy". Dla mnie to był pierwszy kontakt ze sceną. Zupełnie nie poszło mi tak jak chciałem. Warunki na scenie są zupełnie inne niż w kanciapie, piwnicy czy pralni, bo trzeba się inaczej obyć z akustyką itd. Duża scena wymaga doświadczenia. Ja nie miałem takiego doświadczenia. Wchodziłem nierówno. W połowie kawałka. Melon mnie wyrzucił z tego zespołu. Sam zaczął śpiewać. To był mój pierwszy kontakt z wydawcą. Nie jestem pewien, ale powiedział coś w stylu: "Jak się nauczysz śpiewać to wróć".

K: Wróciłeś?
S: Wróciłem jak widać na załączonym obrazku. Już kilka płyt mam za sobą wydanych.

K: To sprawka Melona?
S: I to sprawka Melona do pewnego stopnia. To jest dla mnie takie znamienite. Dopiero po 10 czy 15 latach spotkaliśmy się żeby zacząć działać muzycznie. Zaprzyjaźniliśmy się i nasza współpraca układa się.

K: Mówiłeś, że ludzie rozdawali w Jarocinie wodę. A jak było z prohibicją? Czy z alkoholem był wtedy problem?
S: Generalnie mało się piło alkoholu. I powiem Ci, że w pierwszych latach nie odczuwałem, że jest mi to do czegoś potrzebne.

K: Muzyka wtedy była lepsza prawda?
S: Dokładnie tak. Mówię Ci jak przychodziliśmy od rana na tą małą scenę. Później ta duża scena to tak na dobrą sprawę nie było nawet czasu żeby szukać czegoś i się dokręcać. Nie było takiej potrzeby. Aczkolwiek czasami robiliśmy wypady do okolicznych miejscowości, które nie były objęte prohibicją. Trzeba było jakieś 10 km pojechać pociągiem. Parę butelek ze sobą braliśmy. Wiadomo można też było kupić nielegalnie, na tzw. metach.

K: Jak wyglądały przygotowania do waszych przesłuchań w Jarocinie?
S: Najpierw trzeba było wysłać kasetę. Mieliśmy do dyspozycji aulę w ogólniaku. Na dzień czy dwa. Zorganizowaliśmy nagranie.

K: W dwa dni?
S: Nawet nie wiem czy nie w jeden.

K: Jak wyglądało to nagranie?
S: Na przeciw ustawione mieliśmy dwa mikrofony. W odległości około czterech metrów. Nie wiem skąd wpadłem na taki plan żeby zrobić to w ten sposób. Późnie ze szpuli przegraliśmy to na kasetę i wysłaliśmy. Nie była to jakaś dobra jakość. Ale wtedy większość zespołów taką jakością dysponowała.

K: Po pierwszym sukcesie w Jarocinie Twoje życie w muzyce zmieniło się w jakimś stopniu?
S: To były czasy niezwykłe. Atmosfera podkręcona. Myślę czy wygralibyśmy Jarocin czy nie byłoby podobnie. Byliśmy mocną ekipą przed Jarocinem w samym mieście. Chodzi o zespół czy samą subkulturę punkową. Byliśmy zintegrowani. Tworzyliśmy kolorową ekipę. Przed Jarocinem już graliśmy w klubie "Relaks". Już nieistniejącym niestety. Było kilka fajnych sal w tamtych czasach. To było piękne. Kuźnia miała swoją salę, czyli "Klub Technika". Były miejsca, w których mogliśmy grać. Fakt: po Jarocinie te możliwości były jeszcze większe. Mogliśmy organizować swoje koncerty bez dodatkowych formalności. Mieliśmy taki układ z domem kultury. Dyrektor dzwonił do mnie mówił: "Zróbmy jakiś koncert". Ta wygrana w jakiś sposób pozwoliła nam zaistnieć mocniej jako organizatorzy koncertów. W ten sposób Jawor stał się mocnym ośrodkiem, jeżeli chodzi o koncerty muzyki alternatywnej.

K: Czy dzisiaj duszą waszego zespołu są wartości sprzed lat? Inspiracje, natchnienia? Czy może ten komercyjny świat wywarł na was jakiś wpływ?
S: Wartości są te same. Praktycznie ludzie często do nas piszą. Czy mówią nam po koncertach. Mówią o tym, że to jest u nas wciąż takie żywe. Że to nie jest odgrzewany kotlet jak w wielu przypadkach tylko jest ukłon w stronę tradycji. Nasza droga jest kontynuowana. To nie jest skansen. To mnie bardzo cieszy. Z drugiej strony staramy się dostosowywać do pewnego stopnia do czasów, w których żyjemy. Staramy się rozumieć, że są pieniądze. Potrzebna jest organizacja. Staramy się sprostać tym wyzwaniom i dlatego funkcjonujemy. Trzeba szukać sposobu żeby ludzi przyciągać, wychowywać ich też w jakiś sposób w tym duchu.

K: W duchu muzyki czy komercji?
S: W duchu muzyki.

K: Mógłbyś teraz zademonstrować jak krzyczy punkowiec x lat do przodu od pierwszego Jarocina? Albo od Jarocina z 1992 roku? Poczekaj może okna pozamykam:)
S: (Śmiech). To ja zapraszam na koncert może. Na koncert do Zielonej Góry teraz najbliższy w niedzielę.

K: To teraz przyszedł czas na promocję (śmiech). Jak wygląda wasza działalność w XXI wieku? Widziałem jakieś płyty powstają, teledyski. V****** się załapał nawet. To była jakaś kryptoreklama?
S: Może spróbujemy jakieś dotacje pociągnąć (śmiech). A tak serio chodziło nam o ujęcie odrapanych murów przy V********. Staramy się rozumieć, że istniejemy w tych czasach. W tej przestrzeni. Staramy się wykorzystywać formy audiowizualne, Internet, wszystko, co jest możliwe. Ja mam swoje studio nagraniowe. Pierwsze nagranie "Zielonych Żabek" czy później "GAGI". Płyty nagrywamy u siebie. Sam układałem plan nagrań.

K: Zajmujesz się realizacją dźwięku?
S: Tak. Od tamtego czasu interesowałem się realizacją dźwięku. Wypożyczyłem nawet w bibliotece książkę na ten temat. Musiałem się ostatnio z niej rozliczyć, bo gdzieś mi przepadła. I tak sobie właśnie przypominam, że tamte czasy obfitowały nie tylko zainteresowaniem muzyką jako taką, ale również nagrywaniem czy kreowaniem dźwięku. W tym momencie to w jakiś sposób procentuje. Są tu tak jak mówiłem wartości punkowe: zrób to sam. Tego nauczyliśmy się w punk-rocku. Być niezależnym. Jesteśmy zaangażowani w tym, żeby w samym mixie być kreatywnym. To jest dla nas bardzo ważne. Wiadomo, że korzystamy z możliwości wydawniczych mojego kolegi Melona. Ale wiem też, że jeżeli byłaby taka potrzeba to moglibyśmy sami wydawać swoje płyty. Nawet gdyby było załamanie rynku i wszystkie firmy odsunęłyby się to i tak robilibyśmy to.

K: Gdybyście chcieli wyrazić przez swoją muzykę to, co boli was teraz. W roku 2012. Znajdzie się coś takiego, co chcielibyście wykrzyczeć?
S: Cały czas to robimy. Nasze ostatnie płyty to jest odpowiedź na to, co widzimy w tej rzeczywistości. Pokazane są tam pewne negatywne strony dzisiejszych czasów. Generalnie punk-rock został po to powołany żeby w jakiś sposób piętnować to, co jest bolące dla wielu ludzi. I dlatego opisujemy. Mówimy o pewnego rodzaju nierównowadze społecznej czy wykorzystywaniu finansowym czy wyzysku, o manipulacji mediów. Mówimy o manipulacji politycznej itd.

K: Działa to inaczej w porównaniu do PRL-u?
S: Wtedy było to bardziej wulgarne. Każdy widział gdzie tu jest kłamstwo. Łatwiej było zobaczyć to wszystko zwłaszcza pod koniec tych komunistycznych lat. Ludzie po prostu śmiali się z tego. Wróg publiczny był widoczny. W tym momencie jest to inaczej.

K: Działa z ukrycia?
S: Działa z ukrycia. W pewnym momencie sami dajemy wciągnąć się w to poprzez... Sami jesteśmy konsumentami. Nie zawsze jesteśmy w stanie się oprzeć. Nie jest to wszystko czarne i białe, dlatego nie można powiedzieć, że ktoś jest do końca wrogiem, bo często działamy też. Ludzie działają nieświadomie. Robią źle, ale nie poprzez to, że są źli z gruntu tylko poprzez pewną nieświadomość. Naszą muzyką staramy się uczulić na te tematy. Nie mówimy, że jesteśmy jakimiś prorokami i robimy wszystko najlepiej. Zdajemy sobie sprawę też ze swoich błędów i błędów postrzegania rzeczywistości. Chcemy wsadzić kij w mrowisko i zadać trochę pytań po to żeby sprowokować ludzi do myślenia. Do stworzenia jakiejś może alternatywnej rzeczywistości i dlatego ostania płyta nazywa się "Alternatywne Światy" i to z jednej strony opisujemy rzeczywistość, która nas przytłacza a z drugiej staramy się snuć wizje jak świat mógłby wyglądać inaczej. I zachęcamy do tego żeby ludzie nie tylko skupiali się na krytyce, nie tylko kontekstowali. Zwłaszcza jakieś punkowe dusze. Ale żebyśmy wszyscy starali się w jakiś tam sposób odnaleźć jakieś rozwiązania.

K: Czy nie jest tak, że kiedyś bardziej krzyczeliście a dzisiaj zadajecie więcej pytań? Czy punk też ewoluował tak jak media i reszta?
S: Na pewno dojrzewamy. To jest fakt. W jakiś sposób punk... to jest tak jak z człowiekiem. Jak jest młody to ma inne patrzenie na rzeczywistość. Inne jak jest trochę starszy. Podobnie sam punk-rock ewoluuje. Staje się też bardziej konstruktywny.

K: Ale niekomercyjny?
S: Niekomercyjny. Tak naprawdę konstruktywność w punk-rocku pokazała się dużo, dużo wcześniej. Chociażby cała scena holenderska, która w latach 90-tych pokazała właśnie, że można konstruktywnie podejść do tych zagadnień i niezależności i wyjść z punk-rocka do pewnego rodzaju działań takich jak zajmowanie starych budynków, tworzenie tam ośrodków kultury czy ośrodków wręcz działania aktywnego, ekologicznego. Czy związanych z alternatywnymi formami mieszkania, funkcjonowania społecznego, czyli wydawania gazet, magazynów. Takie konstruktywne akcje w tamtych czasach już były. My tylko kontynuujemy tę tradycję. I staramy się rozwijać, dostosować do tych czasów. Tak jak mówił Marley: "Źli ludzie nie robią sobie wakacji". I tak samo my nie możemy. My staramy się stać po tej dobrej stronie i nie brać wolnego. Chcemy wykorzystać wszystkie możliwości, które mogą w jakiś sposób ludziom dać dozę informacji-inspiracji. Takie jest zadanie moim zdaniem punk-rocka i to nie tylko dobra zabawa, ale właśnie działania świadomościowe.

K: Zadania i cele "GA-GA ZIELONYCH ŻABEK" na przyszłość? Jakie są? Czy są?
S: Gramy koncerty i będziemy grać ich jeszcze więcej. Mamy wiele zaproszeń do wielu miast. Widać, że znowu zaczyna się rozwijać. Ja mam wrażenie, że te czasy mogą wzmóc działanie. Ludzie widzą, że nie jest tak fajnie. Kiedy widzimy, że coś zaczyna nas gnieść. Gdy widzimy kryzys w strefie euro to jest jedyna możliwość jeżeli chodzi o funkcjonowanie w tym świecie. Także zaczynamy łączyć to wszystko. Bo to nie jest tylko kryzys gospodarczy. To jest kryzys wartości, kryzys globalny...

K: Kryzys dobrej muzyki również?
S: Trochę też. Ale ja mam wrażenie, że to się zmienia. Że ludzie zaczynają szukać...

K: Szukać starych płyt?
S: Tak, tak! Jest coś takiego. Jest powrót do szukania muzyki nietuzinkowej. Że nie wystarczy powielać styl i pokazywać na odpowiednich festiwalach. Ludzie zaczynają robić się bardziej krytyczni i fajnie.

K: Na Woodstocku zagracie?
S: Zagramy.

K: W Jarocinie zagracie?
S: Trudno powiedzieć.

K: W Jaworze zagracie?
S: W Jaworze zagramy na bank (uśmiech).

Dział Muzyczny Miejskiej Biblioteki Publicznej

Autor: Kamil Kujda

Komentarze (2)


Proszę zachować komentarze zgodne z regulaminem oraz zasadami współżycia społecznego i dobrymi obyczajami. Informujemy, że Administratorem poniższych danych osobowych jest DJAmedia Sp. z o.o., Piotrowice-Osiedle 16, 59-424 Męcinka. Dane osobowe zostały przekazane dobrowolnie i będą przetwarzane wyłącznie w celu przesłania zamieszczenia komentarza na portalu. Bez wyraźnej zgody dane osobowe nie będą udostępniane innym odbiorcom danych. Osoba, której dane dotyczą ma prawo dostępu do treści swoich danych oraz ich poprawiania i usuwania poprzez kontakt z Administratorem: kontakt@jawor24h.pl.

Zaloguj się, aby korzystać ze wszystkich funkcji komentarzy.

Dowiedz się więcej

Jarosław  Szkwarek
Jarosław Szkwarek15 grudnia 2011 o 10:24
To jest to!
0 Lubię to: 0
Super: 0
Ha ha: 0
Wow: 0
Przykro mi: 0
Wrr: 0
Lubię to! Udostępnij
Tomasz Błażewski
Tomasz Błażewski15 grudnia 2011 o 10:31
Właśnie takie teksty lubię, lekkie i ciekawe. A najlepsze jest to, że można "poczuć" ten klimat, wyobrazić sobie to, co działo się, kiedy ssałem smoczka, właśnie dzięki takim relacjom z pierwszej ręki, od kogoś, kto był w tym nie tylko widzem, ale i uczestnikiem, który widział to wszystko od podszewki. Bardzo fajny tekst, oby więcej takich. Super i czekam na informacje o koncercie w Jaworze :)
0 Lubię to: 0
Super: 0
Ha ha: 0
Wow: 0
Przykro mi: 0
Wrr: 0
Lubię to! Udostępnij

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. jawor24h.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.